Bez słowa przycisnęła go do siebie i, głaszcząc po włosach, wzdychała raz po raz. Nie pytał e o nic, za ęty myślą o koszyczkach, które musi w terminie oddać białemu kupcowi. — Ach! — wyrwało mu się westchnienie, gdyż myśl miał ciągle zaprzątniętą prze-rwaną robotą. Informacje o BARANEK SHAUN + GANG + KUMBA + SAWA + 8 INNYCH - 7680269780 w archiwum Allegro. Data zakończenia 2019-03-12 - cena 49,75 zł 10 ciekawych faktów o zmysłach słoni i zachowaniach społecznych: Słonie mają małe oczy i słaby wzrok, ale nadrabiają to niesamowitym zmysłem węchu – najlepszym w całym królestwie zwierząt! Słoń może wyczuć wodę nawet z odległości 12 mil. Słonie komunikują się między sobą za pomocą dźwięku, dotyku i zapachu. Opisy. Wszystkie zwierzęta w Afryce wiedzą, że zebra bez pasów jest jak słoń bez trąby i lew bez grzywy. Kiedy jesteś zebrą i rodzisz się pasiasty do połowy, życie potrafi być bardzo skomplikowane. Na własnej skórze przekonuje się o tym Kumba – jedyny na świecie przedstawiciel pasiastych, któremu natura poskąpiła pełnego W niedzielę, 13 października 2013 roku o godzinie 15:00 w kinie Wrzos w Stalowej Woli odbędzie się Uczta kinomaniaka dla każdego dzieciaka. Kumba DVD, Anthony Silverston, Film , 23,14 zł, okładka pudełko, Najtańsze filmy w Gandalf.com.pl - Twórcy nagrodzonego dwoma Oscarami Króla Lwa i jednego z największych przebojów roku w Polsce - Sam w domu Książka. Kiedy orzesznica wybiera się na kurs z kretem Stellanem, mrówkojad czuje się opuszczony i samotny. Czy orzesznica nie mogłaby zostać w domu i zjeść z nim podw gWUle8. Ludzi online: 2703, w tym 65 zalogowanych użytkowników i 2638 gości. Wszelkie demotywatory w serwisie są generowane przez użytkowników serwisu i jego właściciel nie bierze za nie odpowiedzialności. Henryk Sienkiewicz "W pustyni i w puszczy" ROZDZIAŁ XXVIII Nowa siedziba, którą Staś nazwał "Krakowem", została urządzona w przeciągu trzech dni. Ale przedtem złożono w "męskim pokoju" główne pakunki - i w chwilach wielkiej ulewy młoda czwórka znajdowała w olbrzymim pniu jeszcze przed wykończeniem mieszkania doskonałe schronienie. Pora dżdżysta rozpoczęła się na dobre, ale nie były to nasze długie, jesienne deszcze, w czasie których niebo zawleka się ciemnymi chmurami i nudna, uciążliwa słota trwa przez całe tygodnie. Tu kilkanaście razy na dzień wiatr przepędzał po niebie wzdęte obłoki, które zlewały ziemię obficie, po czym znów rozbłyskiwało słońce, jasne, jakby świeżo wykąpane, i zalewało złotym światłem skały, rzekę, drzewa i całą dżunglę. Trawy rosły prawie w oczach. Drzewa pokrywały się obfitszym liściem i nim stary owoc opadł, tworzyły się zawiązki na nowy. Powietrze, z powodu zawieszonych w nim igiełek wody, uczyniło się tak przeźroczyste, że nawet odległe przedmioty stawały się zupełnie wyraźne i wzrok sięgał w niezmiernie daleką przestrzeń. Na niebie rozwieszały się cudne, siedmiobarwne tęcze, a wodospad był prawie ciągle w nie ubrany. Krótko trwające ranne i wieczorne zorze grały tysiącami tak świetnych blasków, że nawet w Pustyni Libijskiej dzieci nie widziały nic podobnego. Najniższe, bliskie ziemi obłoki barwiły się wiśniowo, górne, lepiej oświecone, rozlewały się na kształt jezior z purpury i złota, a drobne, wełniste chmurki mieniły się jak rubiny, ametysty i opale. Nocami, między jedną falą dżdżu a drugą, księżyc zmieniał w brylanty krople rosy wiszące na liściach mimoz i akacyj, a światło zodiakalne świeciło w odświeżonym powietrzu jaśniej niż w innych porach roku. Z rozlewów, które czyniła rzeka poniżej wodospadu, dochodziło niespokojne rechotanie żab i melancholijne kumkanie ropuch, a podobne do wielkich błękitnych gwiazd latarniki przelatywały z brzegu na brzeg między kępami bambusów i arumów. Lecz gdy chmury pokrywały chwilami gwiaździste niebo i deszcz poczynał padać, czyniło się bardzo ciemno, a we wnętrzu baobabu tak czarno jak w piwnicy. Chcąc temu zaradzić Staś kazał natopić Mei tłuszczu z zabitych zwierząt i urządził z blaszanki lampkę, którą zawiesił pod górnym otworem, zwanym przez dzieci oknem. Światło bijące z tego okna, widne z daleka wśród ciemności, odpędzało dzikie zwierzęta, ale natomiast przyciągało nietoperze, a nawet i ptaki, tak że w końcu Kali musiał urządzić w otworze rodzaj zasłony z cierni, podobnej do tej, którą zamykał na noc otwór dolny. Jednakże w dzień, w chwilach pogody, dzieci opuszczały "Kraków" i krążyły po całym cyplu. Staś wyprawiał się na antylopy-ariele i na strusie, których liczne stada pojawiały się w dole rzeki, a Nel chodziła do swego słonia, który z początku trąbił tylko o żywność, a potem zaczął trąbić i wówczas, gdy mu się nudziło bez małej przyjaciółki. Witał też ją zawsze z wyraźną radością i nastawiał natychmiast swoje olbrzymie uszy, jak tylko usłyszał z daleka jej głos lub kroki. Pewnego razu, gdy Staś poszedł na polowanie, a Kali łowił ryby za wodospadem, Nel postanowiła pójść do skały zamykającej wąwóz, aby zobaczyć, jak też Staś z nią sobie poradzi i czy już czego nie dokonał. Zajęta obiadem Mea nie zauważyła jej odejścia, dziewczynka zaś zbierając po drodze kwiatki osobliwej begonii26, rosnącej obficie wśród zrębów skalnych, zbliżyła się do pochyłości, którą wyjechali niegdyś z wąwozu i zeszedłszy na dół znalazła się przy skale. Wielki głaz, oderwany od rodzimej ściany, zamykał gardziel wąwozu jak i poprzednio. Nel jednak zauważyła, że między nim a ścianą jest przejście tak szerokie, że nawet dorosły człowiek mógłby się nim przecisnąć. Przez chwilę zawahała się, po czym przeszła i znalazła się po drugiej stronie. Ale był tam zakręt, który trzeba było minąć, by dojść do szerokiego ujścia zamkniętego wodospadem. Nel poczęła rozmyślać: "Pójdę jeszcze tylko trochę dalej, wyjrzę zza skały, raz spojrzę na słonia, który mnie wcale nie zobaczy, i wrócę." Tak rozmyślając posuwała się krok za krokiem coraz dalej, aż wreszcie doszła do miejsca, w którym wąwóz rozszerzał się nagle w małą dolinkę, i zobaczyła słonia. Stał odwrócony tyłem do niej, z trąbą zanurzoną w wodospadzie, i pił. To ją ośmieliło, więc przytuliwszy się do ściany skalnej postąpiła jeszcze kilka kroków - i jeszcze kilka - a wtem olbrzymi zwierz chcąc polać sobie boki odwrócił głowę, zobaczył dziewczynkę i zobaczywszy ruszył natychmiast ku niej. Nel zlękła się bardzo, ale ponieważ nie było już czasu cofnąć się, więc przycisnąwszy kolanko do kolanka dygnęła słoniowi, jak umiała najładniej, po czym wyciągnęła rączkę z begoniami i ozwała się trochę drżącym głosikiem: - Dzień dobry, kochany słoniu! Ja wiem, że nie zrobisz mi nic złego, więc przyszłam, żeby ci powiedzieć dzień dobry... i mam tylko te kwiatki... A kolos zbliżył się, wyciągnął trąbę, wyjął z paluszków Nel wiązkę begonii, lecz włożywszy ją do paszczy wypuścił zaraz na ziemię, gdyż widocznie nie smakowały mu ani włochate liście, ani kwiaty. Nel ujrzała teraz nad sobą trąbę na kształt ogromnego węża, który wyciągał się i przeginał: dotknął jej jednej rączki i drugiej, potem obu ramion i na koniec opadłszy w dół począł się chwiać łagodnie na obie strony. - Wiedziałem, że mi nie zrobisz nic złego - powtórzyła dziewczynka, choć strach nie opuszczał jej jeszcze. Słoń zaś cofnął w tył swoje bajeczne uszy, zwijając i rozwijając na przemian trąbę i gulgocąc radośnie, tak jak gulgotał zawsze, gdy dziewczynka zbliżała się do krawędzi wąwozu. I jak niegdyś Staś ze lwem, tak teraz tych dwoje stało naprzeciw siebie - on ogrom, podobny do domu lub skały - i ona, drobna kruszynka, którą mógł zgnieść jednym ruchem, nawet nie ze złości, ale przez nieuwagę. Lecz dobry i roztropny zwierz nie czynił żadnych, ani gniewnych, ani nieuważnych ruchów i widocznie rad był i uszczęśliwiony z przybycia małego gościa. Nel ośmieliła się stopniowo, a wreszcie wzniosła oczy w górę i patrząc tak, jakby patrzyła na wysoki dach, zapytała wysuwając nieśmiało rączkę: - Czy można cię pogłaskać po trąbie? Słoń nie umiał wprawdzie po angielsku, ale z ruchu jej ręki zmiarkował od razu, o co idzie, i posunął pod jej dłoń koniec swego długiego na dwa metry nosa. Nel jęła głaskać trąbę, z początku jedną ręką i ostrożnie, potem dwiema, a wreszcie objęła ją obu ramionkami i przytuliła się do niej z całą dziecinną ufnością. Słoń przestępował z nogi na nogę i wciąż gulgotał z radości. Po chwili zaś obwinął trąbą drobne ciało dziewczynki i podniósłszy je w górę począł kołysać ją lekko w prawo i w lewo. - Jeszcze! jeszcze! - wołała rozbawiona Nel. I zabawa trwała dość długo, a następnie ośmielona już zupełnie dziewczynka wymyśliła sobie inną. Oto znalazłszy się na ziemi próbowała wspinać się po przedniej nodze słonia jak po drzewie albo chowając się pod niego pytała go, czy ją znajdzie. Ale przy tych figlach spostrzegła jedną rzecz, a mianowicie, że w przednich, a zwłaszcza w tylnych nogach słonia tkwią liczne kolce, od których potężne zwierze nie umiało się uwolnić raz dlatego, że do tylnych nóg nie mogło dosięgnąć swobodnie trąbą, a po wtóre, że obawiało się widocznie zranić się w palec, którym trąba jest zakończona i bez którego straciłaby cała swą zręczność i sprawność. Nel nie wiedziała o tym zupełnie, że takie kolce w nogach są prawdziwą plagą dla słoni w Indiach, a jeszcze bardziej w dżunglach afrykańskich, składających się przeważnie z roślin kolczastych. Ponieważ jednak zrobiło jej się żal poczciwego olbrzyma, więc bez namysłu siadłszy w kucki przy jego nodze poczęła wyjmować delikatnie naprzód większe, a potem mniejsze zadziory, nie przestając przy tym szczebiotać i zapewniać słonia, że nie pozostawi ani jednej. On zrozumiał wybornie, o co chodzi - i zginając nogi w kolanie pokazywał tym sposobem, że i w podeszwach między kopytami pokrywającymi palce tkwią także kolce, które przyczyniają mu jeszcze większe dolegliwości. Ale tymczasem nadszedł z polowania Staś i począł zaraz wypytywać Meę, gdzie jest panienka. Otrzymawszy odpowiedź, że zapewne jest w drzewie, już miał zajrzeć do wnętrza baobabu, gdy wtem wydało mu się, że słyszy jej głos z głębi wąwozu. Nie wierząc własnym uszom skoczył natychmiast do krawędzi i spojrzawszy w dół zmartwiał. Dziewczynka siedziała przy nodze kolosa, a ów stał tak spokojnie, że gdyby nie ruch trąby i uszu, można by było pomyśleć, iż jest wykuty z kamienia. - Nel! - krzyknął Staś. A ona, zajęta swoją robotą, odpowiedziała mu wesoło: - Zaraz, zaraz! Na to chłopak, który nie miał zwyczaju wahać się wobec niebezpieczeństwa, podniósł jedną ręką w górę strzelbę, drugą chwycił za obdartą z kory wyschłą łodygę lianu i objąwszy ją nogami, w mgnieniu oka zsunął się na dno wąwozu. Słoń poruszył niespokojnie uszami, ale w tej chwili Nel wstała i objąwszy trąbę zawołała pośpiesznie: - Nie bój się, słoniu, to Staś. Staś spostrzegł od razu, że nie ma dla niej żadnego niebezpieczeństwa, lecz nogi trzęsły się jeszcze pod nim, serce biło mu gwałtownie i nim ochłonął z wrażenia, począł mówić zdziwionym, pełnym żalu i gniewu głosem: - Nel, Nel, jak ty mogłaś to zrobić?!... Ona zaś poczęła się tłumaczyć, że nie zrobiła nic złego, bo słoń jest dobry i zupełnie już oswojony; że chciała tylko raz na niego spojrzeć i wrócić się, ale on ją zatrzymał i począł się z nią bawić, że ją huśtał bardzo ostrożnie i że jeśli Staś chce, to i jego pohuśta. To mówiąc jedną rączką wzięła za koniec trąby i zbliżyła ja do Stasia, drugą zaś ręką machnęła kilkakrotnie w prawo i w lewo, mówiąc jednocześnie do słonia: - Pokołysz, słoniu, i Stasia. Mądry zwierz znów odgadł z jej poruszeń, czego od niego chce - i Staś, chwycony za pasek przy spodeńkach, w jednej chwili znalazł się w powietrzu. Było przy tym takie jakieś dziwne i zabawne przeciwieństwo między jego rozgniewaną jeszcze miną a tym bujaniem się na ziemią, że małe Mzimu poczęło śmiać się do łez, klaskać w ręce i krzyczeć tak jak poprzednio: - Jeszcze, jeszcze! A ponieważ nie podobna jest zachować należytej powagi i prawić morałów wówczas, gdy człowiek wisi na końcu słoniowej trąby i mimowolnie wykonywa ruchy podobne do ruchów wahadła, więc chłopiec począł się w końcu śmiać także. Ale po pewnym czasie zmiarkowawszy, że ruchy trąby stają się wolniejsze i że słoń zamierza postawić go na ziemi, wpadł niespodziewanie na nowy pomysł: mianowicie, korzystając z chwili, w której znalazł się w pobliżu olbrzymiego ucha, chwycił za nie obu rękoma, wdrapał się po nim w mgnieniu oka na głowę i siadł słoniowi na karku. - Aha - zawołał z góry na Nel - niech zrozumie, że to on musi mnie słuchać. I jął klepać go dłonią po głowie, z miną władcy i pana. - Dobrze! - zawołała z dołu Nel - ale jak teraz zleziesz? - To mały kłopot - odpowiedział Staś. I przewiesiwszy nogi przez czoło słonia objął nimi trąbą i zsunął się po niej jak po drzewie. - Ot, jak zlezę!... Po czym oboje zajęli się wyjmowaniem resztek kolców z nóg słonia, który poddawał się temu z nadzwyczajną cierpliwością. Tymczasem spadły pierwsze krople dżdżu, więc Staś postanowił odprowadzić natychmiast Nel do "Krakowa" - ale tu zaszła niespodziewana trudność. Słoń za nic nie chciał się z nią rozstać i za każdym razem, gdy próbowała się oddalić, zawracał ją trąbą i przyciągał ku sobie. Położenie stawało się ciężkie i wesoła zabawa wobec oporu zwierzęcia mogła się źle zakończyć. Chłopiec nie wiedział, co począć, gdyż deszcz padał coraz gęstszy i groziła ulewa. Oboje cofali się wprawdzie nieco ku wyjściu, ale bardzo nieznacznie, i słoń posuwał się za nimi. Na koniec Staś stanął między nim a Nel, utkwił w jego oczach ostre spojrzenie, jednocześnie zaś rzekł cichym głosem do Nel: - Nie uciekaj, ale cofaj się ciągle aż do wąskiego przejścia. - A ty, Stasiu? - zapytała dziewczynka. - Cofaj się - powtórzył z naciskiem - bo inaczej muszę zastrzelić słonia. Dziewczynka pod wpływem tej groźby posłuchała rozkazu, tym bardziej że mając już nieograniczoną ufność w słoniu była pewna, że on w żadnym razie nie zrobi nic złego Stasiowi. Chłopiec zaś stał o cztery kroki od olbrzyma nie spuszczając zeń oczu. Upłynęło w ten sposób kilka minut. Nastała chwila wprost groźna. Uszy słonia poruszyły się kilkakrotnie, małe oczki błysnęły jakoś dziwnie i trąba wzniosła się nagle do góry. Staś uczuł, że blednie. "Śmierć!" - pomyślał. Ale kolos odwrócił się niespodzianie ku krawędzi parowu, na której widywał zwykle Nel, i począł trąbić tak żałośnie jak nigdy przedtem. A Staś poszedł spokojnie ku przejściu i za skałą znalazł Nel, która nie chciała wracać bez niego do drzewa. Chłopak miał niepohamowaną ochotę powiedzieć je: "Patrz, czegoś narobiła! o małom przez ciebie nie zginął." Ale nie było czasu na wymówki, gdyż deszcz zmienił się w ulewę i trzeba było wracać jak najprędzej. Nel przemokła do nitki, choć Staś owinął ją we własne ubranie. We wnętrzu drzewa kazał ją zaraz Murzynce przebrać - sam zaś odwiązał naprzód w męskim pokoju Sabę, którego poprzednio był przywiązał z obawy, aby pobiegłszy w jego ślady nie płoszył mu zwierzyny, następnie począł przepatrywać raz jeszcze wszelkie ubrania i pakunki w nadziei, że może znajdzie jaką zapomnianą szczyptę chininy. Ale nie znalazł nic. Tylko na dnie słoika, który dał mu misjonarz w Chartumie, kryło się we wgłębieniach trochę białego proszku, tak jednak mało, że starczyć go mogło zaledwie na pobielenie końca palca. Postanowił wszelako nalać do słoika ukropu i dać Nel do wypicia tę płukankę. Po czym, gdy ulewa przeszła i zaświeciło znów słońce, wyszedł z drzewa, aby popatrzeć na ryby, które przyniósł Kali. Murzyn złowił ich kilkanaście na wędki poczynione z cienkiego drutu. Po większej części były małe, ale znalazły się trzy na stopę długie, srebrno nakrapiane i zadziwiająco lekkie. Mea, która wychowana nad brzegami Nilu Niebieskiego znała się na rybach, mówiła, że są one dobre do jedzenia i że pod wieczór wyskakują bardzo wysoko nad wodę. Jakoż przy oprawianiu ich pokazało się, że są tak lekkie dlatego, iż wewnątrz mają ogromne powietrzne pęcherze. Staś wziął jedną z takich baniek, dochodzącą do wielkości dużego jabłka, i poniósł pokazać ją Nel. - Patrz - rzekł - to siedzi w rybach. Z kilkunastu takich pęcherzy można by zrobić szybę w naszym oknie. I pokazał górny otwór w drzewie. Lecz pomyślawszy potem przez chwilę dodał: - I jeszcze coś więcej. - Co takiego? - zapytała rozciekawiona Nel. - I latawce. - Takie, jakie puszczałeś w Port-Saidzie? O, dobrze! zrób! - Zrobię. Z pociętych, cieniutkich bambusów zbiję ramki, a tych błon użyję zamiast papieru. To będzie nawet lepsze od papieru, bo lżejsze - i deszcz tego nie rozmoczy. Taki latawiec pójdzie ogromnie w górę, a przy silnym wietrze zaleci Bóg wie dokąd... Tu nagle uderzył się w czoło: - Mam jedną myśl. - Jaką? - Zobaczysz. Jak sobie to jeszcze lepiej wyobrażę, to ci powiem. Teraz ten słoń tak ryczy, że nie można się nawet rozmówić... Istotnie słoń z tęsknoty za Nel, a może za obojgiem dzieci, trąbił tak, aż cały wąwóz się trząsł razem z pobliskimi drzewami. - Trzeba mu się pokazać - rzekła Nel - to się uspokoi. I poszli do wąwozu. Ale Staś całkiem zajęty swą myślą począł półgłosem mówić: - "Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski z Port-Saidu, uciekłszy z Faszody od derwiszów, znajdują się..." I zatrzymawszy się zapytał: - Jak oznaczyć, gdzie?... - Co, Stasiu? - Nic, nic. Już wiem: "Znajdują się o miesiąc drogi na wschód od Białego Nilu - i proszą o prędką pomoc..." Gdy wiatr będzie dął na północ albo na wschód, puszczę takich latawców dwadzieścia, pięćdziesiąt, sto, a ty, Nel, pomożesz mi je kleić. - Latawce? - Tak - i powiem ci tylko tyle, że mogą nam one oddać większą przysługę niż dziesięć słoni. Tymczasem doszli do krawędzi. I dopieroż zaczęło się przestępowanie olbrzyma z nogi na nogę, kiwanie się, machanie uszami, gulgotanie i znów żałosne trąbienie, gdy Nel próbowała się choć na chwilę oddalić. W końcu dziewczynka poczęła tłumaczyć "kochanemu słoniowi", że nie może ciągle przy nim przesiadywać, bo przecie musi spać, jeść, pracować i gospodarzyć w "Krakowie". Ale on uspokoił się dopiero wówczas, gdy zepchnęła mu widełkami przygotowaną przez Kalego żywność - a i to wieczorem zaczął znów potrębywać. Dzieci nazwały go tegoż wieczora: "King", gdyż Nel zaręczała, że zanim dostał się do wąwozu, był niezawodnie królem wszystkich słoni w Afryce. 26 Begonia Johnstoni. [powrót] [ Jeden z siedmiu cudów świata, kamienna latarnia na wyspie Faros, przez wieki stanowiła chlubę starożytnej Aleksandrii. Rodos miało swojego kolosa ze spiżu, Olimpia – posąg Zeusa ze złota i kości słoniowej. Coney Island miało taki cud, na jaki nadmorski kurort może sobie pozwolić – gigantycznego, drewnianego słonia. Letni sezon na Coney Island nie trwa długo, ale przez ten czas tamtejsza plaża i tak przyciąga tłumy nowojorczyków. Tak samo było przed stu laty. Słońce, woda i piasek. Były też i inne atrakcje: cyrk, wesołe miasteczka, pokazy akrobatów, połykacze ognia i tresowane niedźwiedzie. Zgłodniały plażowicz mógł liczyć na niestrudzonych sprzedawców zapiekanych małży, lodów i tego czegoś, co dziennikarze nazywali wówczas „dziwnie wyglądającą kiełbaską owiniętą dwiema połówkami bułki i przypieczoną na przenośnym ruszcie”. Innymi słowy, był to hot dog, wtedy nowość na rynku. W drugiej połowie XIX wieku wzdłuż Brighton Beach wyrósł szpaler hoteli nastawionych na obsługę weekendowych gości. Na początku 1884 roku przy Surf Avenue, tuż koło stacji kolejowej, ruszyła budowa czegoś, co łączyło w sobie funkcję hotelu i atrakcji samej w sobie. Był to gigantyczny słoń – konstrukcja z drewna i żelaza wysoka na dziesięć kondygnacji. Inicjatorem przedsięwzięcia był James V. Lafferty z Filadelfii, posiadacz patentu na ten „wynalazek”. Szczegółowy projekt opracował architekt J. Mason Kirby z Atlantic City, gdzie podobny słoń o imieniu Lucy od pewnego już czasu przyciągał tłumy gapiów. Ale Lucy mierzyła „zaledwie” 12 metrów wysokości. Budowla na Coney Island miała być trzykrotnie wyższa! Lafferty założył Elephant Building Company, która dysponowała kapitałem w wysokości ćwierć miliona dolarów. Budowa ruszyła w marcu 1884 roku i choć obiekt udostępniono publiczności już w sierpniu, we wnętrzu wciąż jeszcze trwały prace wykończeniowe. W marcu następnego roku całe przedsięwzięcie przeszło w ręce speca od przemysłu rozrywkowego Charlesa Brandenburgha. Gotowy słoń stał się wielką atrakcją Coney Island w sezonie 1885. Elephantine Colossus rzeczywiście był kolosalny! W kłębie mierzył ponad 37 metrów, a tułów miał średnicę 30 metrów. W tylnych nogach (o średnicy blisko 5,5 metra) ukryte były klatki schodowe. Na grzbiecie zamontowane było coś na kształt tradycyjnego siedziska zwanego „howdah”. Jak na największego w świecie słonia przystało, także i „howdah” było większe niż jakiekolwiek inne. Jednorazowo mogło pomieścić kilkaset osób! Była to doskonała platforma widokowa. Menadżer Brandenburgh zapewniał, że „ten widoczny na północy kłębek piany, to mgiełka wodna nad Niagarą, a ta srebrna nitka na zachodzie to Missisipi”. Trochę przesadzał – z platformy rozciągał się widok na 50 mil. Przy dobrej pogodzie można było podziwiać panoramę Nowego Jorku, a także statki na otwartym oceanie. Na jednym z takich statków, Isere, w czerwcu 1885 roku przypłynęła do Ameryki, oczywiście w częściach, Statua Wolności. Kapitan De Laune dowodzący fregatą Isere zapewniał, że cała jego załoga wyległa na pokład, by podziwiać kolosa. Początkowo wszyscy ponoć sądzili, że ten słoń to żywe, gigantyczne zwierzę. Wielkie jak wszystko w Ameryce. Kapitan dodał też, że przywożąc w ładowni dzieło Bartholdiego nie przypuszczał, że znajdzie ono tu tak godnego rywala jak gigant z Coney Island. Moloch stanął na solidnym fundamencie. Z uwagi na niestabilny grunt trzeba było zrobić solidne palowanie. W każdej z nóg ukryto po dwa słupy nośne. Jeden znajdował się w trąbie, na której słoń się podpierał. Największą trudność sprawiły budowniczym uszy. Ważące blisko 6 ton konstrukcje trzeba było wciągnąć na wysokość ponad 30 metrów i tam utwierdzić. Elephantine Colossus pod każdym względem był budowlą wyjątkową. Ilość przybitych desek mierzono w hektarach – było ich 14. Zużyto w tym celu 11 ton gwoździ. Od zewnątrz pokryto kolosa blachą – było jej ponad pół hektara. Zamontowano 65 okien, w tym dwa okrągłe, zupełnie wyjątkowe – oczy skierowane w stronę oceanu. Swoją drogą te wiecznie otwarte oczy świetnie potwierdzały panujące wówczas powiedzenie, że Coney Island nigdy nie zasypia. Przynajmniej w sezonie letnim. W przestrzennym wnętrzu kolosa urządzono łącznie 34 pomieszczenia. Większość z nich to były niewielkie kabiny o nieregularnych kształtach, odpowiadających zewnętrznej formie budowli. Największa sala, umieszczona w samym centrum tułowia, mierzyła 25 na 10 metrów i nazywana była Pokojem Żołądkowym. Najpewniej z racji usytuowania, ale mieściła się tam też restauracja. Na tłumnie odwiedzanej plaży Wielki Słoń był sporą atrakcją. Dziennie znikało w jego przepastnym wnętrzu ponad 3000 osób. W niedzielę bestia pożerała pięć razy tyle zwiedzających, nie bacząc na wiek, płeć czy kolor skóry. Za 10 centów można było myszkować po wszystkich zakamarkach kolosa. W Stomach Room odbywały się koncerty i przedstawienia. Występowały tam najlepsze ówczesne zespoły muzyczne. Mówiono, że atrakcja przyciągała również cudzoziemców przybywających tu specjalnie, by ujrzeć ósmy cud świata, jak czasem Elephantine Colossus był reklamowany. Historia słonia była krótka i dość burzliwa. Nie brak w niej dramatów, zdarzeń niecodziennych czy humorystycznych. Latem 1885 roku młoda dama z Pittsburgha, doświadczona zawodem miłosnym, tu właśnie chciała zakończyć swoje życie, skacząc z platformy widokowej. Na szczęście przeszkodził jej w tym robotnik konserwujący blaszaną powłokę kolosa. Innym razem niejaka Eliza Hemermann oddawała się zwiedzaniu z takim zajęciem, że przeoczyła moment zamknięcia obiektu. Szukając wyjścia dostała się do trąby i ślizgiem zjechała nią aż na poziom terenu. Tu znalazła się w niewielkim, zamkniętym pokoiku. Krzykiem i waleniem w drzwi zaalarmowała obsługę, która wypuściła ją całą i zdrową. Miała szczęście, że nie zgubiła się dokładnie tydzień później. Wtedy to po wnętrzu molocha grasował niedźwiedź, trzymany tam jako jedna z atrakcji. Zwykle przebywał w klatce, tego wieczoru najwidoczniej pozazdrościł turystom i sam postanowił pozwiedzać. Przy okazji spustoszył magazyn żywności w restauracji, zabawiał się toczeniem beczek piwa, w końcu zdemolował część dekoracji. Ale trafiła kosa na kamień. W obiekcie mieszkał krewki Francuz. Pewnie atleta z sumiastymi wąsami i w kostiumie w poprzeczne pasy. Obudzony w środku nocy, wypalił do niedźwiedzia ze śrutu, raniąc go w przednią łapę. Zanim na miejsce przybył menadżer i weterynarz, zwierzę skrępowane sznurami siedziało już w klatce. Kuriozum pokroju Wielkiego Słonia jak magnes przyciągało akrobatów pragnących w tej nietypowej scenerii demonstrować swoje niezwyczajne sztuczki. Pewnego dnia twarzą w twarz z kolosem stanęła francuska akrobatka, Madame Annie Lamonte. No, może nie tak dokładnie „twarzą w twarz”. Jak to określił reporter „New York Timesa”, do „szerokiego tyłu słonia” zamocowano stalową linę długości 500 stóp. Jej drugi koniec przywiązano do słupa wbitego w ziemię. Wyczyn reklamowany w prasie jako „coś bardziej niebezpiecznego, niż skok z Mostu Brooklyńskiego” miał polegać na zsunięciu się po tej linie z dużej wysokości. Najpierw akrobatkę wciągnięto niemal na sam szczyt słonia. Punkt startowy znajdował się 350 stóp od słupa. Na dany znak Madame Lamonte odrzuciła na bok ramiona i… trzymając się trapezu jedynie zębami, zjechała na dół. Trwało to zaledwie kilka sekund. Wielu z gapiów wyczekujących tu od kilku godzin nawet nie spostrzegło, że przedstawienie się właśnie zaczęło. Zorientowali się dopiero, gdy rozległ się huk wystrzału. Był to umówiony sygnał – w tym momencie akrobatka miała puścić trapez. Nie puściła. Na ziemi stało czterech silnych mężczyzn mających w takiej awaryjnej sytuacji złapać młodą damę w koc. Nie złapali. Zmiotła ich w mgnieniu oka! Szczęśliwie na jej drodze, jak spod ziemi, wyrósł wierny małżonek i dopiero na nim wytraciła cały impet. Kiedy odzyskała przytomność tłumaczyła, że tak mocno ściskała zębami trapez, iż nie usłyszała sygnału. Przez kilka lat ta gigantyczna struktura stanowiła najbardziej charakterystyczny symbol Coney Island. Słoń był ulubionym tematem fotografów i rysowników. Pojawiał się na niezliczonych pocztówkach, mapach i panoramach. Mimo tej całej widowiskowości i popularności nie przyniósł właścicielom spodziewanych zysków. Budowla przechodziła z rąk do rąk, po kilku latach nie pełniła już funkcji hotelu. Zbudowano wokół niej zjeżdżalnię. W 1893 roku ledwie uszła z pożaru, który strawił pobliski kwartał zabudowy. Nie miała tego szczęścia trzy lata później. W niedzielny wieczór 27 września 1896 roku dostrzeżono błysk w oku bestii. Sądzono, że to wartownik podczas wieczornego obchodu. Naraz z platformy widokowej na grzbiecie słonia strzelił w niebo słup ognia. Później płomienie buchnęły z wszystkich okien. Ogień buzujący wewnątrz nie miał innego ujścia, jak tylko przez okna – cały tułów pokryty był blachą. Wysuszone sosnowe drewno paliło się bardzo szybko. Wtem ktoś krzyknął, że w środku są ludzie. W lecie wprowadziły się tam dwie rodziny. Nie bacząc na własne bezpieczeństwo, dwóch odważnych młodzieńców rzuciło się na ratunek. Niejaki Howard Wilson, syn dozorcy z sąsiedniego hotelu oraz Walter Shaw, syn aktualnego dzierżawcy słonia ruszyli do drzwi. Z jednego mieszkania wyciągnięto ledwie żywą panią Twang i jej dwójkę dzieci. W drugim znaleziono Emily Boaching i jej niedołężnego ojca. Wszystkich uratowano. Straż pożarna nie miała tu wiele do roboty. Kiedy ogień przeniósł się na sąsiedni Sea Beach Palace, strażacy tam właśnie skierowali swoją akcję. Po dwudziestu minutach największy słoń świata osunął się na przednie kolana, wydając przejmujący jęk pękających belek. Po chwili zapadł się cały, sypiąc dookoła snopy iskier. Kolos z Coney Island poszedł z dymem ponad 100 lat temu. Zbudowano go z myślą o rozrywce letników złaknionych atrakcji i gotowych za nie płacić. Odszedł w niepamięć, mimo że w swoim czasie rozmiarami i sławą nie ustępował Miss Liberty z nowojorskiej zatoki. Tyle że w odróżnieniu od niej nie wyrażał wzniosłych idei, był symbolem… niczego. No, może nie do końca niczego. Ponoć wokół tego dziwacznego hotelu, przez te kilka lat jego istnienia kwitła prostytucja. I dlatego właśnie na Coney Island określenie „seeing the elephant” nabrało z czasem szczególnego znaczenia. Autor: Sławomir Łotysz Wczoraj kolega w redakcji – konkretnie Jacek Poprzeczko, wicenaczelny – zagadnął mnie przy obiedzie: Dorotka! Ty na pewno będziesz umiała wyjaśnić mi jedną rzecz, która intryguje mnie od lat czterdziestu. Jest takie opowiadanie Mrożka: O księdzu proboszczu i orkiestrze strażackiej. I tam są nutki. Czy ty może wiesz, czy to jest jakiś utwór, a jeżeli tak, to jaki? No, faktycznie, przypomniałam sobie, jest takie jedno jedyne opowiadanie, w którym pojawiają się nutki i to kilka razy. Ale wydaje mi się, że nie jest to żadna znana melodia, tylko jakaś tam sobie melodia po prostu. Melodia grana przez tytułową orkiestrę strażacką i będąca refrenem opowiadania, podobnym jak owe trąby w Hamlecie z Zielonej Gęsi. – Ja mam pewne podejrzenie: że to jest Międzynarodówka – powiedział Jacek i tu zasiał i we mnie podejrzenie… Obiecałam, że sprawdzę w domu, opowiadania Mrożka stoją na półce, zaglądam do nich rzadko, ale stoją i czekają na jakiś powód. Otóż melodia pojawia się – w tej samej formie – osiem razy i symbolizuje świecką pieśń. Z całą pewnością nie jest Międzynarodówką. Ale sam początek, dwie pierwsze nuty, są te same. Dwie nuty to niewiele, ale może to wystarczająca aluzja? Melodia Mrożka (dla znających solmizację): doo faaaaa mi fa sool fa mi faa mi re – i urywa się. Pierwsza fraza Międzynarodówki: doo faaa mi sol fa do la reee siii… I co, aluzja czy nie aluzja? A o czym jest opowiadanko? O tym, jak we wsi w późne sobotnie popołudnie zebrała się przed kościołem strażacka orkiestra, żeby dać koncert. „Już kapelmistrz dał znak: [nutki] Głos ich doleciał do plebanii. Mieszkał tam proboszcz staruszek. Do polityki się nie mieszał. Herboryzował jedynie. Usłyszał ksiądz proboszcz świecką muzykę: [nutki] (…) – Świeckie pieśni przed bożym przybytkiem grają! A nicponie!… [nutki] – Ha, dam ja im – zagrzewał się poczciwina (…) [nutki] – Urwisy… Ale przecież… ja też byłem młody. I przypomniało się staruszkowi, jak w seminarium jeszcze, na podwórku, grali w palanta. Należałoby ich jednak skarcić. Stoją przecież i grają świeckie pieśni. Tuż przed kościołem. [nutki] Lipy mocno pachniały. W krótkich przerwach między strofkami, gdy strażacy wciągali powietrze w płuca, słychać było brzęczenie pszczół. Wielkie wyrozumienie dla człowieka i jego słabości zalało serce staruszka. On sam… ileż już przeżył… Czyż nie powinniśmy pobłażać ułomności bliźnich? Czyż cierpienie, z którym rodzi się i umiera człowiek, nie równoważy tych małych swawoli? [nutki] – Lecz mimo wszystko nie powinni tego robić. Bo jakże to?… – gniewał się jeszcze. Skrzypnęła furtka. Strażacy obejrzeli się. Przestali grać. Proboszcz zbliżył się do nich. Siwiuteńki, o lasce… Pokłonili się pokornie. A on przystanął, podniósł palec i kiwając nim to do góry, to na dół, powiedział: – Ej!… Ej!… Ale była przy tym w jego niebieskich oczach figlarność jakby. Po czym skręcił do ogrodu plebańskiego. [nutki] – grali strażacy.

słoń bez trąby i uszu